poniedziałek, 26 czerwca 2017

Postawa serca.

Zdarzało mi się jeździć z  przystanku autobusowego, na którym spotykałam czasem pewnego mężczyznę. Zawsze naturalnym było dla mnie mówienie ''dzień dobry'' zwłaszcza jeśli spotykałam kogoś  już któryś raz. Kilka razy zdarzyło nam się rozmawiać o błahostkach typu:jaką ładną mamy dziś pogodę i tym podobnych.
Pewnego dnia czekałam na autobus i przyszedł mój znajomy nieznajomy z widzenia. Usiadł obok mnie na ławce i zaczęliśmy rozmawiać o chorobach. Kiedyś wspominał mi, ze był na komisji lekarskiej, ale nie chciałam dopytywać, co mu dolega. Tamtego dnia było jednak trochę inaczej.

(...)Strasznie się pocę po tych lekach, które biorę. Ledwo dziś żyję. Generalnie te moje leki są dość poważne i dają różne skutki uboczne.
- Mogę zapytać na co Pan choruje?
- Na schizofrenię.

W momencie, kiedy to mówił, spojrzał na mnie i miałam przez chwilę wrażenie, że zastanawiał się, czy ucieknę  albo całkowicie zamilknę.
Moja reakcja była zwyczajna:

- To rzeczywiście poważna choroba i zdaje sobie sprawę z tego, że takie leki mogą dawać wiele niepożądanych działań.

Stworzyła jednak pole do stworzenia atmosfery zaufania i większego otworzenia się. Pan zaczął mi opowiadać o swojej chorobie. Nie zdradziłam, że jestem po pychologii to nie było potrzebne.

- Wiesz, co jest najgorsze w tej chorobie...samotność.  Nawet nie wiesz, ile dla nie znaczy, jak chociażby spotykam Ciebie, uśmiechasz się i normalnie mną rozmawiasz. Dzięki temu dzień staje się piękniejszy.  (płacz)
-  Dziękuję, ale to takie naturalne dla mnie.
- Nawet moja własna rodzina wyzwała mnie od świrów. A ja przecież biorę leki, nie jestem niebezpieczny, to nie moja wina, że zachorowałem.
-  Każdy z nas może zachorować. A ma Pan przyjaciół, znajomych?
- Praktycznie nie. Wszyscy albo się odwrócili. Przez chorobę nie pracuję, więc też nie poznaję nowych osób.
- Mogę zapytać jak Pan zachorował?
- Nagle. Wracałem z pracy autobusem i nagle zaczęło mi się wydawać, że wszyscy w autobusie nie dają mi z niego wysiąść, nie wiedziałem co się dzieje. Karetka, szpital, kilkanaście miesięcy wyjętych z życia. W ciągu jednego dnia całe moje życie zmieniło bieg, a normalne życie się skończyło.


Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę to co było dla mnie normalne, czyli życzliwa postawa, uśmiech i rozmowa, bez oceniania, stereotypowego patrzenia i przypinania łatek mogą znaczyć dla kogoś tak wiele.
Przytoczyłam powyższą rozmowę, bo dobrze ją pamiętam, ale wiele  razy zdarzało mi się widzieć smutek i ból pacjentów na onkologii z powodu tego, że znajomi się od nich odsunęli, że zostali sami. Jeden Pan powiedział mi, że odkąd stracił włosy i choruję, ludzie omijają go na wsi dużym łukiem, a niektórzy wierzą, że można się rakiem od niego zarazić. Jeśli chodzi o relacje, często jest tak, że ludzie rzeczywiście nie wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć...a jaka jest jedna z recept na to?  Właśnie postawa serca <3 na drugiego człowieka, czyli  postawa takiej otwartości i bycia  dla drugiego bez oceniania. Czy jesteśmy znajomi, czy nieznajomi. Jeśli zobaczymy w drugiej osobie człowieka, takiego jak my, a nie schizofrenika, chorego na raka, pacjentkę po chemii, której wypadły włosy, itd...to możemy dać od siebie naprawdę coś wartościowego. Wystarczy uśmiech, uścisk dłoni, serdeczne powitanie, próba nawiązania rozmowy, zwrócenie uwagi na potrzeby innych. Jeśli kogoś znamy, nie bójmy się powiedzieć otwarcie: Jesteś dla mnie ważna, ale naprawdę nie wiem jak powinnam się zachować wobec Ciebie.kiedy wiem, ze masz raka.
 Czasem nawet wspólne milczenie wiele znaczy. Miejmy otwarte serca na innych ludzi :) Uwierzcie, że warto.

środa, 24 maja 2017

Najpierw załóż maskę tlenową sobie.

“Najpierw załóż maskę tlenową sobie, a później martw się o resztę, bo inaczej nie pomożesz nikomu - łącznie ze sobą.” Powyższe zdanie z ''Jesteś cudem'' R. Brett poniekąd pasuje do tego, o czym chciałabym dziś napisać.  Mianowice, jak bardzo ważnym jest, by opiekując się osobą chorą, pamiętać o sobie i by nauczyć się korzystać z pomocy innych, prosić o nią, ale i ją przyjmować.

Czasem...a może nawet często bywa tak, że bliska osoba która opiekuje się chorym na raka członkiem rodziny całe swoje życie zaczyna podporządkowywać opiece nad tą osobą. Zwłaszcza jeśli jest to osoba leżąca, potrzebująca stałej opieki. Nierzadko bywa tak, że ktoś rezygnuje z pracy by opiekować się żoną/mężem/ rodzicem, czy dzieckiem. Jest to sytuacja trudna i obciążająca dla całej rodziny. Czasami rzeczywiście jest tak, że nie mamy blisko osób, które mogłyby nas wesprzeć, nie mamy zasobów finansowych, które by nam w tej sytuacji pomogły,  ale odważę się powiedzieć, że często nie dostrzegamy możliwości, jakie mamy wokół, a wręcz zdarza się, że sami odrzucamy różne formy pomocy...bo chcemy sami ze wszystkim sobie poradzić, bo czujemy się w obowiązku, by wziąć to na siebie.

   To z czym między innymi zetknęłam się rozmawiając z członkami rodzin chorych z hospicjum, to niesamowite przemęczenie psychiczne i fizyczne, ale bardzo często ogromne poczucie winy z powodu zostawienia chorego choćby na kilka godzin.
Pamiętam, jak jedna Pani powiedziała mi: 
-To, że mogłam do Pani wyjść to jest dla mnie jak święto. To, ze rozmawiamy i droga tu i z powrotem. Ja właściwie cały czas jestem z mężem w domu.
- Myślę, że warto by Pani pomyślała o częstszych wyjściach z domu dla samej siebie. 
-  Ale nawet teraz ja mam wyrzuty sumienia, że nie tam nie ma z nim...ale już nie wytrzymywałam.
- Z kim teraz jest mąż?
- Została z nim sąsiadka. Wiele razy oferowała mi pomoc, że może zostać z nim i posiedzieć...ale ciężko mi to przyjmować...bo uważam,że to ja powinnam tam być i wychodzę właściwie tylko po zakupy i wracam jak najszybciej.
- Powiedziała Pani, że sąsiadka sama wychodziła wiele razy z propozycją wsparcia. Myślę, że warto z tej pomocy skorzystać i spróbować sobie zrobić takie wyjścia z domu częściej, ale tylko dla siebie. Niech to będzie kawa z koleżanką, spacer, może jakieś zajęcia w grupie, coś co sprawi Pani przyjemność i pozwoli oderwać myśli.
-Wie Pani na taki spacer do parku to bym poszła.
.............................................................................................

 Sytuacja z drugiej strony, kiedy przyszedł do mnie Pan i mówił, że cała opieka nad  mamą spada na niego i na nikogo nie może liczyć.

- Sam mam chory kręgosłup, ledwo chodzę i muszę się opiekować mamą, która leży. Musiałem zrezygnować z pracy...a jej córka ma ją gdzieś.
-  Powiedział Pan, że jej córka...czyli Pana siostra, jak rozumiem...ma ja gdzieś. Może Pan coś więcej o tym powiedzieć?
- Nie interesuje się matką, tylko dzwoni często. Mieszka co prawda dość daleko...ale nawet nie chce mi się z nią gadać, bo nie zrozumie.
- Może jednak warto spróbować spokojnie porozmawiać z siostrą i spróbować zaangażować ją w większym stopniu w opiekę nad mamą?
- Nie wiem, czy to ma sens...ale może spróbuje...

Kilka tygodni później....
- Wie Pani co...zadzwoniłem do siostry, powiedziałem jej co i jak i poprosiłem, żeby przyjechała. Wzięła urlop i opiekowała się tydzień mamą. Wreszcie mogłem  trochę odpocząć.
-  Bardzo się cieszę. 
- Będzie przyjeżdżać co drugi weekend i opiekować się mamą.
.....................................................................................................

  Kochani, powyższe fragmenty, to tylko części rozmów, którymi chciałam pokazać pewne istotne kwestie. Często osoby opiekujące się bliskimi biorą na siebie zbyt wiele. Odrzucają pomoc innych osób, często też odsuwają się od innych, później winiąc drugą stronę, że to ona się oddaliła. Nikt z nas nie jest cyborgiem i każdy potrzebuje chwili tylko i wyłącznie dla siebie, by odpocząć, zebrać myśli, nabrać sił do życia i do opieki nad innymi. Tylko wtedy kiedy zadbamy o swoją równowagę ciała, duszy i umysłu będziemy w stanie dobrze pomagać innym.  Nie odrzucajmy pomocnych dłoni, które inni do nas wyciągają, ale też nie bójmy się o tę pomoc prosić. To trudne powiedzieć:'' Nie daje rady. Potrzebuję odpocząć, oderwać się na chwilę.'' ale tłumiąc emocje wewnątrz,, uciekając od nich  i pokazując na zewnątrz, jak jesteśmy silni i damy sobie ze wszystkim radę, robimy sobie ogromną krzywdę i stawiamy się na bardzo krótkiej drodze do wypalenia. Nasza bliska chora osoba też czasem może być zmęczona ciągłym przebywaniem z nami i być może rozmowa z kimś innym: sąsiadką, kolegą, wolontariuszem będzie czymś cennym dla niej, być może powie tej osobie o tym, o czym ciężko jest powiedzieć najbliższym. Wiem jak takie oderwanie się na chwilę od siebie nawzajem jest ważne. Pamiętam jeszcze z oddziału onkologii dziecięcej, jak rodzice po wielogodzinnym siedzeniu przy łóżku dziecka,  korzystali z chwili, gdy przyszła wolontariuszka, by iść napić się kawy, wyjść na spacer odetchnąć świeżym powietrzem...To naprawdę jest ważne.

 Z drugiej strony często bywa tak jak w drugim opisanym  przypadku, że  nie odrzucamy wsparcia, tylko twierdzimy, że go  od nikogo nie mamy, nawet o nie nie prosząc. Oczywiście miło jeśli ktoś z naszej rodziny poczuje się do wzięcia części opieki nad bliskim na siebie, ale czasem trzeba o to poprosić...niestety często przez niedopowiedzenia i  milczenie, dochodzi do popsucia relacji i konfliktów w rodzinie...a nie ma lepszego sposobu na rozwiązanie tego problemu, jak SZCZERA i otwarta rozmowa. Czasem najprostsze z pozoru rozwiązania bywają dla nas najtrudniejsze.

Jest to temat bardzo szeroki i skomplikowany. Można o nim pisać z różnych punktów widzenia, ale mam nadzieję, że ktoś zaczerpnie z niego coś dla siebie ;) 

''Jeśli o nic nie prosisz, niczego nie dostaniesz. Więc proś. Czasem usłyszysz''tak'', czasem ''nie''. Ale jeśli nawet nie zapytasz, odpowiedź zawsze brzmi ''nie''. Sam jej sobie udzieliłeś.



wtorek, 21 lutego 2017

Podaruj mi...

 Pewnego razu zorganizowaliśmy w CO akcję ''Podaruj mi dobrą książkę'', którą zapoczątkowała jedna z wolontariuszek i chyba nie spodziewaliśmy się, że nabierze tak globalnego charakteru.

Ideą akcji było podarowanie książek nowych lub w dobrym stanie dla pacjentów Centrum Onkologii. Chcieliśmy wymienić, odnowić lub stworzyć biblioteczki na każdym z oddziałów i uzupełnić regały w tzw. Strefie Relaksu Pacjenta, a jednocześnie wnieść trochę radości w szpitalną codzienność.

Każdy z nas uruchomił swoją sieć kontaktów, stworzyłam wydarzenie na facebooku i machina dobra ruszyła ;) Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu do akcji zaczęło dołączać bardzo wiele osób, a ja nie nadążałam odpisywać na wiadomości. Zaczęły się odzywać wydawnictwa, pisarze m.in Nike Farida, która później odwiedziła pacjentów. To było bardzo budujące i napędzające do działania :)

Jednak przyjmowanie książek było sporym wyzwaniem logistycznym, a i nauczyłam się kolejny raz, że jeśli chcesz zrobić coś dobrego, a nie daj Boże Ci to jeszcze wyjdzie to istnieje duże prawdopodobieństwo, że spotkasz się z tzw. hejtem...ale nie zamierzam się na tym skupiać. Uczulam tylko, tych którzy angażują się w różne akcje, żeby się nie dali przeciwnościom ;p

 Postanowiłam cały jeden dzień przeznaczyć na przyjmowanie książek. Siedziałam w pokoju Fundacji w CO i czekałam na potencjalnych ofiarodawców ;) Pamiętam doskonale parę, która przyszła z wielką, kolorową walizką na kółkach, pełną naprawdę świetnych książek. Pamiętam też Panią, która weszła i powiedziała mi, że potrzebuje pomocy w przyniesieniu kartonów, bo tyle ich było. Było to też ciekawe doświadczenie, ponieważ przypadkiem...(hmmm to chyba złe słowo, bo ja w przypadki raczej nie wierzę) przyszły do mnie osoby, które potrzebowały wsparcia. Jedna z  z pacjentek, która potrzebowała się wypłakać i pogadać. (Bardzo chciałabym przytoczyć dialogi, ale niestety ich nie pamiętam, a mówiłam na samym początku, że będę pisać tylko to, co rzeczywiście się wydarzyło).
 Przyszła też dziewczyna, która ode wejścia się rozpłakała,  mówiła mi, że jest nikim i jednocześnie chciała pomagać pacjentom, sama bardzo potrzebując pomocy, ale to temat na osobny post.

  Tamtego dnia odzew był spory, ale postanowiłyśmy z Jolą, żeby zrobić taki dzień w weekend i wybrałyśmy jedną sobotę, w którą chętne osoby mogły przyjść do Strefy i zostawić książki dla pacjentów. Przygotowałyśmy stoły z ciastkami, kawą, herbatą i czekałyśmy;P  Dołączyło również kilkoro wolontariuszy, którzy wspierali akcję. To co się zadziało przerosło nasze wszelkie oczekiwania. Zaczęło przychodzić tyle osób, że w pewnym momencie zaczęły tworzyć się kolejki a my nie wiedzieliśmy, w którą stronę się obrócić....bo po prostu tonęliśmy w książkach ;)
Musieliśmy podjąć błyskawiczne działanie, ponieważ nie byliśmy w pomieszczeniu, w którym moglibyśmy sobie po prostu zamknąć te książki na tydzień, więc ruszyliśmy na oddziały, by stworzyć lub odnowić biblioteczki, ale  postanowiliśmy też częściom książek obdarować pacjentów.  To oczywiście był niesamowity punkt  akcji, bo radość w oczach pacjentów i uśmiech zawsze były dla mnie najcenniejsze :)
 Już pod koniec dnia, kiedy zostali najwytrwalsi, ruszyłam na ostatni oddział, zmęczona, ale wesoła by zrobić biblioteczkę i pójść do pacjentów.  Spotkałam pewnego Pana, który o mało co nie dał mi wyjść z tego oddziału, bo taką miał ochotę na rozmowę.  Mi było trochę głupio...bo miałam zaraz wrócić, gdyż mieliśmy się ogarnąć i  zbierać do domu, a tu masz;p Nie dam sobie ręki uciąć, ale chyba ktoś po mnie przyszedł na ten oddział. Tego pacjenta spotkałam jeszcze kilkukrotnie, nazywał mnie ''swoją dziewczyną ''. Żeby była jasność, Pan po 60, żonaty;p Żonę poznałam, jak również mamę, z którą także odbyłam pewnego razu dość długą rozmowę.


  Za kilka dni udałam się z partią książek na onkologię do Szpitala na Wawelską. Taki ludź, w żółtej koszulce z napisem ''Dobrze Że Jesteś'' budził tam ogólne zainteresowanie, bo wolontariat jako taki tam nie funkcjonował. O dziwo spotkałam się też z dobrą reakcją ze strony personelu. Jeśli natomiast chodzi o książki hmmm...pamiętam, jak zobaczyłam ''cudowny'' regał na którym to miałam ustawić książki. Pomyślałam  sobie ''no nie'', poszłam do pielęgniarek po środek odkażający i gazy (tzn, to dostałam ;p) i najpierw go umyłam, żeby można było mówić o tworzeniu biblioteczki.  Na innych piętrach sytuacja wyglądała lepiej. Oczywiście odwiedziłam też pacjentów z książkami i tutaj bardzo istotna chwila, która utkwiła mi w pamięci i właściwie nadaje się na osobny temat i post.

 Weszłam do sali, gdzie leżała starsza kobieta, sama. Miała otwarte rany na nogach, których widok był odpychający a zapach w sali naprawdę trudny do zniesienia. Jednak jej radość i wzruszenie z powodu mojej wizyty tam były absolutnie BEZCENNE. Płakała i mowila, że nikt jej nie odwiedza i oczywiście gloryfikowała moją postać, a ja tak naprawdę byłam zwykłym człowiekiem, który podarował jej chwilę swojego czasu. Czyli to, czego tak bardzo pragnęła... by ktoś jej całkowicie nie odpychał, nie odwracał od niej głowy. Nie skupiał się na tym, co fizyczne...ale na tym, że prócz bycia pacjentką, która ma raka, cierpi i  ma otwarte rany...jest wrażliwą osobą, spragnioną kontaktu z drugim człowiekiem, ciepła i odrobiny życzliwości. Moi Drodzy i takich przypadków są setki...i nie trzeba mieć otwartych ran. 
Ileż to osób w szpitalnych salach czeka na jeden drobny gest: telefon  od syna, odwiedziny wnuczki, której zdjęcie stoi wiernie przy szpitalnym łóżku...albo szczerą rozmowę z mężem, która nie ograniczałaby się do przyniesienia niezbędnych rzeczy do szpitala. 

Akcja ta wiele mnie nauczyła... przede wszystkim tego, że jest w nas ogromna chęć do pomocy innym, że uśmiech obdarowanej osoby, która być może od dawna nic nie dostała jest bezcenny i że warto robić swoje i nie przejmować się opiniami. Małe rzeczy czasem stają się tymi największymi <3 :)

                                                                (pacjentka z CO :)

''Pamiętam, że kiedyś odwiedziłam piękny dom starców. Mieszkało tam czterdziestu pensjonariuszy. Na niczym im nie zbywało, a mimo to nieustannie spoglądali na drzwi. Na ich twarzach nie gościł uśmiech. Spytałam siostrę, która się nimi zajmowała: ''Siostro, dlaczego ci ludzie się nie uśmiechają?
Dlaczego patrzą na drzwi? A ona z prostotą powiedziała prawdę: Tak jest codziennie. Marzą, by ktoś ich odwiedził. Oto prawdziwa bieda.''
                                                     Matka Teresa


czwartek, 2 lutego 2017

Wszystko ma swój czas. cz II

 Po powrocie z kolacji mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby się poznać.  Nasza grupa była bardzo różna, ale każdy z nas był wyjątkowy i wspólnie tworzyliśmy ciekawą całość ;)Następnego dnia wyruszyliśmy rano na lotnisko. To wszystko, co się działo było dla mnie dużym przeżyciem i łączyło się z masą nowych doświadczeń, czasem lekko stresujących, jak choćby lot samolotem. Miałam wrażenie, że to trochę nie mój świat i też nie umiałam się do końca poczuć swobodnie...ale niektórzy mnie polubili, więc chyba nie było tak źle ;p



Zamieszkaliśmy  w katolickim ośrodku prowadzonym przez cudowne zakonnice, każdy z nas  miał swój pokój. Oczywiście nie jestem już w stanie przytoczyć wszystkich zdarzeń po kolei, ale to co najważniejsze  utkwiło mi dobrze w pamięci. 

Głównym celem naszego wyjazdu było zapoznanie nas ze wzorcowym hospicjum Dove House Hospice w Hull. Moje pierwsze wrażenia z tego miejsca były niesamowite. Czułam się bardziej jak w hotelu niż w hospicjum. Naszym przewodnikiem był dr Zbigniew Żylicz. Absolutnie genialny, ciepły człowiek i lekarz, ówczesny dyrektor medyczny tamtejszego miejsca. Był jednym z inicjatorów założenia pierwszego hospicjum w Holandii, propagatorem medycyny paliatywnej. Do dzisiaj pamiętam, jak zostaliśmy zaproszeni do domu dr Żylicza na kolację,  jego psiak leżał na moich stopach...a obok na fotelu leżała wielka książka, jeśli nie encyklopedia medycyny paliatywnej. Nie było żadnej wyższości i dystansu. Była swoboda i wspaniałe rozmowy. Myślę, że pacjenci są traktowani przez doktora podobnie, bo oddziały paliatywne  i hospicja to nie są miejsca na to, żeby mieć się za kogoś lepszego, to miejsca gdzie należy pochylić się nad drugą osobą i choćbyś miał tytuł profesora być po prostu człowiekiem. 
 Samo hospicjum było bardzo domowym miejscem. Sale pomalowane na różne kolory, piękny taras i ogród. Salon, który wyglądał dokładnie tak jak w wielu domach (stół, krzesła, kanapy, tv, książki), sala rozmów, sala arteterapii. Największe wrażenie zrobił na mnie pokój multisensoryczny. Wchodząc tam, można było na chwilę poczuć się dzieckiem i zrelaksować oddziałując na różne zmysły. Taka cząstka bajkowego dzieciństwa w tym trudnym momencie dorosłości,  mimo wszystko.

Mieliśmy okazję uczestniczyć w takich miniwykładach z dr Żyliczem, który opowiadał nam o swojej pracy, opiece paliatywnej, eutanazji. Oczywiście doświadczenia ks. Jana Kaczkowskiego miały tutaj duże znaczenie i jego również chętnie słuchaliśmy. Ano właśnie, jak napisałam w pierwszej części, zmieniłam swoje początkowe zdanie o ks Janie. Choć nigdy nie było one złe, to nie sądziłam, że później będzie tak dobre ;) W dużej mierze wpływ miały na to opowieści ks. Jana, to jak  wypowiadał się o chorych, o podejściu do nich, o swojej pracy. Przytaczał prawdziwe przykłady. Do dziś mam gdzieś filmik, na którym nasza grupa stoi w hospicyjnym salonie i ks. Jan odnosi się do tego, co przed chwilą mówił dr Żylicz.  Chodziło o to, że często rodziny próbują kurczowo zatrzymać kogoś na ziemi, cały czas przy nim są i nie pozwalają mu odejść, mówią, że musi żyć...i ks. Jan przytoczył sytuację, w której chory zmarł dokładnie w momencie, kiedy ktoś z jego bliskich wyszedł na chwilę po papierosy...i to nie są rzadkie sytuacje. 

Ks. Jan codziennie odprawiał dla nas Mszę Świętą. Pamiętam, że zaczął od słów: ''Nie będę mówił do Was językiem episkopatu'' ;) Mówił tak, że po prostu chciało się go słuchać, a słowa chłonęło się i uszami i serduchem. Można było też skorzystać ze spowiedzi....ale nie mogłam się przełamać, aż do pewnego momentu. Pewnego dnia przy śniadaniu usłyszałam, jak ks. Jan mówi o mnie do dziennikarek, że napisałam najdłuższą pracę, ale że jestem mimozą xp Tak, było to powiedziane w taki sposób, że nie niemożliwym było nieusłyszenie tego przeze mnie. Później  dowiedziałam się, że było   to celowe zagranie. Wkurzyłam się na księdza, na dziewczyny i na siebie. Przecież do jasnej cholery nie jestem żadną mimozą! Powiedziałam ks. Janowi, że chcę się wyspowiadać. To była rozmowa. Usiedliśmy u niego w pokoju i tak mówiłam swoje grzechy, ale też wspomniałam o tym, ze słyszałam co o mnie mówili. 
Wtedy na to: ''Właśnie o to mi chodziło, żebyś się wkurzyła, żebyś sama tu przyszła i mi to powiedziała. Jest w Tobie mega potencjał i jestem przekonany, że osiągniesz sukces. Spotkasz odpowiednich ludzi, odpowiedni miejsca i będziesz dla innych przykładem, wiem to.''  
Tak zapamiętałam to dobrze. Może jakieś słowa przekręciłam, ale po tylu latach można mi to chyba wybaczyć...sens został oddany.  
Pamiętam, że poruszyłam temat śmierci i ks. Jan powiedział, że on właściwie to mógłby już umrzeć....i wymieniał, w co chciałby być ubrany. Szczerze...myślę, że ani mi, ani jemu tak naprawdę nie przemknęło przez myśl, że to rzeczywiście już za kilka lat stanie się faktem. To, jak później ksiądz Jan stał się powszechnie znany, stał się ''onkocelebrytą''( jak sam o sobie mówił), książki, które napisał, wiedza którą się się podzielił, moim zdaniem pomagają i pomogą jeszcze tysiącom osób.
Teraz tak sobie myślę, że to jest chyba odpowiedni moment w moim życiu, żeby sobie te słowa przypomnieć i w pozytywny sposób się wkurzyć na siebie ;) a jak ktoś potrzebuje, żebym ja go wnerwiła, to nie ma sprawy...;) bo ja jestem przekonana, że w każdym jest ogromna siła i potencjał. Niekoniecznie do tego samego, ale jest i można ją odkryć. 


''Grunt to twardo stąpać po ziemi i nie przestawać patrzeć w niebo. Zamiast ciągle na coś czekać - zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje.'' 
ks. Jan Kaczkowski







poniedziałek, 30 stycznia 2017

Wszystko ma swój czas. cz.I

  Wszystko ma gdzieś swój początek i koniec. Dziś postanowiłam wrócić do samego początku, który sprawił, że  wybrałam pewną drogę i przez długi czas byłam przekonana, że jest jedyną słuszną.

Cofnijmy się więc do liceum. Pewnego dnia zostało zorganizowane spotkanie z przedstawicielkami hospicjum, które opowiadały o jego idei, metodach wspierania pacjentów i zachęcały do bycia wolontariuszami. Pamiętam, że siedziałam w pierwszej ławce, jako dziewczę w okularkach, bluzce w kropki,  na niej koszuli w kropki ;p i w pewnym momencie poczułam :''Tak, to jest to! Na coś takiego czekałam.''
 Po spotkaniu podeszłam do stolika, wzięłam ulotkę i za kilka dni byłam już na spotkaniu w biurze hospicjum. Zostałam wolontariuszką. Brałam udział w różnych akcjach w szkole, zbiórkach na rzecz hospicjum, pomagałam w biurze. Przeszłam też szkolenie medyczne, które uczyło opieki nad pacjentem chorym terminalnie i obejmowało część medyczną i psychologiczno- duchową.
 Pewnego dnia. moja nauczycielka fizyki, która zajmowała się wolontariatem w mojej szkole, na dodatek moja imienniczka, powiedziała mi, że jest organizowany ogólnopolski konkurs w ramach akcji ''Umierać po ludzku'' i trzeba napisać pracę na temat:'' Moje doświadczenie z wolontariatem,śmiercią,  pomaganiem osobom starszym...'' Mniej więcej tak brzmiał temat i zapytała, czy nie chciałabym spróbować. Zastanowiłam się i podjęłam decyzję, że spróbuję.  Nagrodą był kilkudniowy wyjazd do Hull, by między innymi zobaczyć, jak funkcjonuje wzorcowe hospicjum
Opisałam akcje w których brałam udział, swoje przemyślenia i osobiste doświadczenia, gdyż jako 13-14 latka byłam w swoim życiu pierwszy raz obecna przy czyjejś śmierci. Tą osobą był moja prababcia, z którą mieszkałam i miałam okazję widzieć, jak wygląda opieka 24 godziny na dobę nad osobą leżącą, jakiej cierpliwości to wymaga, jak zmienia się osoba chora  i sama w jakimś stopniu  również brałam  w tym udział i pomagałam w opiece, jak to było możliwe na mój wiek. Traf chciał, że byłam obecna tego dnia w domu. Był to chyba wielki tydzień i tego dnia nie byłam w szkole. Od rana słyszałam już w pokoju obok rozpacz mojej babci nad umierającą matką, czyli  właśnie moją prababcią. To była taka pierwsza szkoła życiu tego rodzaju dla mnie.  Zaczerpnęłam też wiedzy z książek. Między innymi ''Rozmów o śmierci i umieraniu'' E.K Ross.

  Wiem, że mało brakowało, a w ogóle nie wysłałabym mojej pracy, bo nie miałam jak jej wydrukować i kombinowałam w ostatnim momencie, ale ostatecznie się udało ;)

Pewnego dnia, miałam właśnie wychodzić na dodatkowe lejcie biologii przygotowujące do matury, odezwała się do mnie Pani Ilona z informacją : ''Ilona, jedziesz do Anglii, wygrałaś!''
W pierwszej chwili oczywiście byłam w totalnym szoku, później przyszła radość, że to prawda.  Oprócz mnie laureatami została jeszcze Dagmara z Żor i Piotrek z Tarnowa, których serdecznie pozdrawiam, jeśli tylko to czytają ;) Traf chciał, że Gazeta Wyborcza, która była współorganizatorem akcji, obok Agory i Fundacji Hospicyjnej, wybrała akurat słowa z mojej pracy do swojego artykułu, które ujrzałam w internecie.

"My - młodzi, zdrowi ludzie ciągle powtarzamy: nie mam czasu, pomogę ci jutro, odwiedzę w przyszłym tygodniu. Aż któregoś dnia dostajemy telefon, że ktoś bliski odszedł na zawsze. I mamy żal. Do siebie samych" - pisze w pracy konkursowej Ilona Stankiewicz - laureatka konkursu akcji "Umierać po ludzku" dla wolontariuszy hospicyjnych.''


Na początku przepełniała mnie mega radość i chciałam się z każdym nią podzielić. Później niestety przyszło mi stanąć przed trudnym dla mnie wyborem, ponieważ data wyjazdu została zmieniona i zahaczała o moją studniówkę, którą jak wiadomo ma się raz w życiu. Tak naprawdę do ostatniej chwili nie wiedziałam, co zrobię...bo wiedziałam, jak zawiodę swoich przyjaciół i stracę jedyną taką noc w życiu, z drugiej strony wyjazd, który był ogromną okazją i szansą, by nauczyć się czegoś nowego. Pani Ilona wiedziała chyba, że tak, czy owak nie będę wiedziała, co zrobić, więc w pewnym momencie wyjęła telefon i powiedziała, że właśnie dzwoni i musi dać , odpowiedź, czy jadę i powiedziałam, że tak...ale radości już we mnie nie było.


Każda osoba, która wygrała jechała ze swoim nauczycielem. Dzień przed wylotem wszyscy spotkaliśmy się w hotelu w Wawie. Nasza trójka z opiekunami, dwie dziennikarki z Agory i Wyborczej i ks. Jan Kaczkowski, którego nazwisko absolutnie nic mi wtedy nie mówiło. Podobnie, jak tysiącom innych osób. Wiem, że od początku zrobił na mnie wrażenie, ale...niekoniecznie dobre ;p Poszliśmy całą grupą na kolację, do jakiejś restauracji na Starym Mieście i ksiądz Jan siedział naprzeciwko mnie i...wciągał tabakę ;D Był to obrazek dość zaskakujący, jak dla mnie. Do tego doszła jego gadatliwość i szczerość do bólu, co nie do końca do mnie przemawiało...ale to się później zmieniło...CDN :)





wtorek, 3 stycznia 2017

Małe szczęścia i dobre słowa.

   A gdyby tak zacząć skupiać się na tym, co pozytywne?

Wiem, nie zawsze jest to łatwe...ale, czy cokolwiek dobrego może przynieść Ci skupianie się na tym, co jest złe? Odpowiedz sobie sam.

Chciałabym zachęcić Was dzisiaj do zrobienia tzw. ''słoika szczęścia'' ;)Mhmm...ale o co w tym chodzi zapytają niektórzy z Was ;) ?

Otóż...szukacie w domu sporego słoika lub kupujecie, przyozdabiacie, jak tylko macie na to ochotę i codziennie staracie się znaleźć jedną pozytywną rzecz, jaka Wam spotkała :) Czasem będzie ich więcej, czasem będą dni, kiedy trudno będzie znaleźć coś, co wywołało by uśmiech, ale postarajcie się proszę ;) Każdego dnia wieczorem na małej karteczce napiszcie to  i wrzućcie do waszego słoika. W Sylwestra otwórzcie słoik i cieszcie się dobrymi chwilami i wspominajcie, to co dobre ;) Niektórzy  robią też podobne tzw. słoiki wdzięczności i codziennie szukają czegoś, za co są wdzięczni. Mój będzie takim mixem jednego i drugiego :)

Czemu to ma służyć?
Temu byś zrozumiał, że doświadczasz wiele dobrego w swoim życiu i nie zawsze, to zauważasz. Byś to docenił i cieszył się tymi małymi rzeczami.



Ok, ale po co umieszczasz to na blogu ''onkowspomnienia''? Co to ma wspólnego?

Otóż choroba nasza bądź naszych bliskich jest wyjątkowym etapem w życiu.  Często zmienia się nasz system wartości, przekonań. Z pewnością część z Was zna kogoś, kto dokonał wewnętrznej przemiany na skutek zetknięcia z rakiem bądź inną chorobą....bądź też na odwrót całkowicie się załamał. 
Pamiętam, kiedy ja osobiście leżałam w szpitalu z niepewnością, co będzie ze mną dalej i o czym ja wtedy myślałam? Myślałam przede wszystkim o ludziach, których kocham...którzy się o mnie troszczą i martwią...mimo, że stawiam im ściany, ale też o relacjach, które w swoim życiu schrzaniłam, bo nie umiałam ich docenić bądź zrozumieć...Myślałam o tym, że marzy mi się pojechać na rowerze wiosną do Bolimowskiego i powąchać konwalie. Myślałam o marzeniach, które chciałam spełnić i zrealizować...ale mój główny wniosek był taki, że ostatecznie liczy się miłość, zdrowie i te drobne ''małe szczęścia'', które tworzą nasze życie. Pyszna kawa, dobra książka, letni deszcz, morskie fale, spotkania z ludźmi, zdjęcia, śpiew...itp itd...można ich mnożyć i mnożyć, a czasem znaleźć w najdrobniejszym ludzkim geście, czy uśmiechu :)

My sami często jesteśmy powodem takich małych szczęść innych ludzi wokół nas, chociaż może nie myślimy czasem o tym w ten sposób ;) Ja wiele razy słyszałam od pacjentów słowa, które wywoływały uśmiech na mojej twarzy...w sumie można powiedzieć, że to taka transakcja wymienna ;)
Co może być takim małym szczęściem dla osoby chorej? To co widziałam na własne oczy, np
- wyczekiwane  odwiedziny bliskiej osoby
- odwiedziny kogoś, kto po prostu go wysłucha
-  wolontariusz, który kupi mu upragnioną bułkę słodką
- zdjęcie wnuczki, które stoi  na hospicyjnej szafce 
-  kwiaty od męża
- ptak, który spogląda za oknem
- domowe firanki w sali
- uśmiech i dobre słowo 

O! i właśnie skoro to napisałam, to chciałabym poruszyć drugą kwestię, tzw. Otaczanie się dobrymi słowami. Wczoraj stworzyłam sobie tzw. mapę dobrych słów. A cóż to takiego?

Weźcie kartkę i na środku narysujcie, coś co kojarzy Wam się z dobrymi słowami i wypełnijcie takimi słowami, zwrotami, myślami ją całą ;) i patrzcie na nią każdego dnia, bądź miejcie przy sobie i wyciągajcie w trudnych chwilach ;)

Tylko, uwaga...jeśli są tu osoby wspierające, nie wpisujcie tam: ''Będzie dobrze'' itp...zamieńcie to np. na ''Mam nadzieję i wierzę''.  Chodzi o szczerość i realność tych słów.


Naprawdę wierzę, że można dostrzegać najmniejsze pozytywy w różnych sytuacjach. Mam nadzieję, że zapaliłam choć kilka osób do tego, by stworzyły słoiki szczęścia i mapy dobrych słów. Dzielę się wiedzą o nich dla tego, że jest to cudowny sposób na podzielenie się dobrą energią ;) a tym, co dobre po prostu trzeba się dzielić! ;) 

Ps.Podeślijcie mi proszę zdjęcia waszych map i słoików ;) bądź dodajcie w komentarzach.





sobota, 31 grudnia 2016

Pacjentką być, cz.II... Zacznij żyć właśnie dziś!

To druga część mojej opowieści. Chciałam ją podzielić na kawałki, bo za jednym razem było by tego za dużo. Wracam więc do mojej drogi.

 Na bloku przywitała mnie pielęgniarka i z uśmiechem podając czepek na głowę zapytała: No to standardowe pytanie: Co dziś dobrego Pani jadła ?;p
- Haha...a obiad z dwóch zdań i jeszcze sobie kawę strzeliłam.
- Ooo...to kawą to by się Pani podzieliła ;p
- No za późno, zapraszam później .

Wiadomo, że byłam na czczo i nie jadłam nic nawet poprzedniego dnia.
Blok operacyjny zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jak z filmu wręcz ;p Atmosfera niesamowita. Cała, kilkuosobowa załoga starała się robić wszystko, żeby pacjent nie był zestresowany. Byli bardzo mili, w tle leciała muzyka...serio, jak dla mnie  tak to powinno wyglądać.

Przemiły anestezjolog, pyta mnie nad głową:
- Ile ma Pani lat?
- 26.
- Ło matko...jaka młoda. Ja też chcę tyle mieć.
- Ile ma Pani wzrostu ?
- Mmm..no tak 178,5 gdzieś ;p
 Na co drugi lekarz:
Same wysokie się dziś Panu Doktorowi trafiają i młode.
- I czuję się od razu młodszy ;p
Włączyła się lekarka, która mnie operowała. I tak sobie, żebyśmy chwilę żartowali.

- Wesoło tu macie Panie doktorze, z tego co widzę.
- Aaa, wie Pani bo my dostaliśmy zalecenie od psychiatry terapii przez pracę, bo podobno nie ma ludzi normalnych...są tylko niezdiagnozowani ;p
- Hahaha...ja jestem po psychologii i się całkowicie z tym zgadzam.
- O, to super. Podpiszę nam Pani zaświadczenia, że przeszliśmy terapię.
- Haha...spoko ;)
I nawet nie wiem w którym momencie odleciałam...ale w pewnym momencie zaczęłam czuć, że ktoś mi wierci czymś w brzuchu i zaczęłam odzyskiwać świadomość...nie mogłam otworzyć oczu, ruszyć ręką nic...Dzięki Bogu, zauważyli chyba, że parametry się zmieniły i usłyszałam tylko nad głową:
- Ej, ona nam się chyba budzi! Daj jej jeszcze 10 czegoś tam... (nie pamiętam nazwy xp) Zasadniczo jest tak, że większość naszych lęków się nie sprawdza, mój się do pewnego stopnia sprawdził.

  Potem obudziłam się już na sali pooperacyjnej.
Przywitała mnie cudowna pielęgniarka.
Zapytała mnie: Na ile odczuwa Pani ból w skali od 1 do 10?
Byłam w mega pozytywnym szoku, bo na temat opieki przeciwbólowej zawsze byłam wyczulona.
Co chwilę pytania, czy czegoś nie potrzebuje, czy mi zwilżyć usta, czy dać mi koc...
- Może mi Pani powiedzieć, czy miałam cięcie normalne, czy laparoskopie?
- Laparoskopie, czuła by Pani różnicę...
- Nie wiem, to moja pierwsza operacja w życiu xp

Skakało mi tętno i odczuwałam jednostajny ból, więc zadzwonili do anestezjologa i dostałam zastrzyk z morfiny. Nie mogłam spać więc sobie pogadałyśmy z pielęgniarką anestezjologiczną o służbie zdrowia, raku (sama była w strachu bo czekała na wynik biopsji z piersi), wspieraniu chorych, a potem o jej pracy, jej męża, który był lekarzem i o jej wnukach. Nie wiem, jak się nazywała...ale była przecudowna ;) I tak sobie gadałyśmy aż przyjechały po mnie pielęgniarki, żeby mnie zabrać na moją normalną salę.

I tak sobie leżałam z jednej strony przypięta pod monitor z opaską mierzącą ciśnienie, co kilka minut, z drugiej strony z kroplówką i cewnikiem do kompletu, ledwo mogąc się ruszyć i zaczęłam się w duchu śmiać z mojej pracy mgr w ironiczny sposób myśląc w duchu ''I jak mądralo, jak się miewa Twoje poczucie umiejscowienia kontroli zdrowia w tym momencie?'' xp żeby nie było badania, które robiłam z pacjentami n płucach były mega ciekawe i wiele mnie nauczyły...ale to mi przyszło n myśl mimowolnie w tamtym momencie ;)

Koło 5 rano przyszli i wyjęli mi cewnik i kazali  już chodzić. Taaa.... czułam się trochę, jak niemowlak, który stawia pierwsze kroki...ale im więcej się chodzi, tym szybciej dochodzi się do siebie. Prawda to!

 Następnego dnia rano na obchodzie, zapytałam, co mogą mi powiedzieć na temat operacji. Niestety nie było nikogo, kto brał w niej udział...więc usłyszałam:
- Mogę Pani powiedzieć tyle, ile w opisie operacji.
Okazało się, że zrobili mi intrę, bo coś im się nie podobało i wynik był niezłośliwy.
Uff....po prostu napięcie, jakie mi towarzyszyło podczas czytania tego opisu i ulga nie do opisania.

Po obchodzie weszła nowa pacjentka. Młoda, koło 30 z książkami pod pachą i sporą torbą. Szybko złapałyśmy kontakt i po kilku minutach okazało się, że będę w sali z kim innym. Zdziwiłam się, ale ok.

Do sali weszła kobieta po 60. Miała piękną piżamę, króciutkie włosy. Wydawała mi się bardzo niedostępna i poważna. Taka babka z ciężkim charakterem. Na początku nsze rozmowy były zdawkowe...ale zapytała mnie co mi jest, więc ja też to zrobiłam:
-  A mogę zapytać, co Pani jest?
- Rak jajnika. Nawrót.

Pomyślałam sobie...no nieźle.

Później przyjechali do mnie rodzicie. Powiedziałam im, tyle ile się dowiedziałam. Okazało się, że lekarka, która mnie operowała już jest i mama do niej poszła...i na szczęście przyszła do sali, żeby nie gadać o mnie za plecami ;p Chociaż tego, że trafiłam w bardzo dobrym momencie, bo mogło się to bardzo źle skończyć, w oczy nie usłyszałam.
- Wyglądało to bardzo groźnie przed operacją, ale na szczęście okazało się nie tak straszne.
Na co moja mama:
- Pani doktor,  a jeśli chodzi o dzieci?
- Tak, tak jak najbardziej...wygląda to bardzo optymistycznie.
No to kawałek kamienia z serca.
Zostało czekanie na ostateczną histopatologię 5 tygodni.

Podczas wizyty moich rodziców, moja współpcjentka (słownik mówi mi, że nie ma takiego słowa) ;p chcąc nie chcąc słyszała moje rozmowy z rodzicami. Rozmawialiśmy o hospicjum i o tym, że jako psycholog to powinnam sobie niby lepiej radzić, bo znam temat.Otóż nie jest tak moi drodzy.

W każdym razie, gdy rodzice pojechali, do pacjentki przyjechała córka i nagle w jej obecności zaczęła się na mnie otwierać, najpierw zwracając się do córki:
- Wiesz, tu mam taką fajną młodą psycholog...
- Tak? O proszę.
- I nagle pacjentka zwróciła się do mnie:
- Mogłaby mi Pani powiedzieć coś więcej o tym hospicjum, jak się załatwi itd...

Porozmawiałyśmy. Myślę, że być może chciała ten temat poruszyć już przy córce, ale być może przy mnie było trochę łatwiej.

Zostałyśmy same i dalej rozmawiałyśmy. Pacjentka dzieliła się ze mną swoimi trudnościami związanymi z chorobą.  Miała naprawdę dość i wiele mi o tym mówiła.Okazało się, że była pielęgniarką, która pracowała ponad 25 lat w zawodzie.
- Lubiła Pani swoją pracę?
- Kochałam...wiem, że to może głupio brzmi...ale ja naprawdę kochałam grzebać się w tych ranach.
Pracowała na ortopedii w ostatnim czasie.

Myślę, że nie spotkałyśmy się  na tej sali przypadkiem...wręcz jestem tego pewna.
Dla mnie to też była ogromna lekcja pokory. Przez całą noc przychodziły do niej pielęgniarki. Już nie miały jej się gdzie wkuwać. Miała żywienie pozajelitowe, więc była z każdej strony czymś obwieszona. Pomyślałam wtedy: Ilona, myślałaś, że coś wiesz dziecko drogie, bo przyszłaś i godzinę albo dwie z kimś pogadałaś...to teraz zobacz, jak to jest być z kimś 24h na dobę. Tak, to co innego.

Kiedy wychodziłam do domu, życzyłam jej siły i obiecałam, że będę trzymać kciuki...a ona mi życzyła, żebym zmieniła branżę...z resztą poprzedniego wieczora uznała, że powinni mnie zatrudnić tam na ginekologii.
- Nie Pani zostawi t onkologię.
- No dzięki. To aż tak kiepski ze mnie psycholog.
- Pfyy...psycholog to akurat jest z Pani bardzo dobry...ale jesteś za młoda kobieto na to.

Wróciłam do domu i powoli dochodziłam do siebie. Niestety nasiliły się inne dolegliwości ze strony neurologicznej. Zaciskanie krtanie, skurcze mięśni, zawroty głowy, objaw Trousseau (jak się później okazało itp) Wszyscy wcześniej to bagatelizowali lub wmawiali mi nerwicę. Ok, mogłam w nią wpaść przez ostatnie zdarzenia...ale znałam swój organizm, i reakcje na tyle, żeby wiedzieć, że to nie tylko o to chodzi. Kiedy jechałam po wyniki histopatologiczne...miałam rozmazany obraz przed sobą, wszystko było, jak nie z tej bajki...No tak, można to wytłumaczyć silnym stresem i po części n pewno tak było. Wyniki  ostateczne były niezłośliwe : D a ja nadal ledwo widziałam.
- Pani doktor, nie wiem co jest grane...ale rozmazuje mi się obraz przed oczami?
- Do neurologa, jak najszybciej...bo wie Pani SMy, nie smy....i tak zaczęła się moja druga droga, którą mega skrócę. Neurolog raz, neurolog dwa, badania krwi, rezonans głowy z kontrastem ( prywatny, uwaga: z pilnym skierowaniem, najwcześniej za kilka miesięcy)- czysty, próba tężyczkowa  w szpitalu na Banacha i tadam!
Lekarz, który mi robił to badania, rzekł: Pani nie ma prawa się dobrze czuć...ma Pni takie wyładowania w mięśniach. Powrót do neurologa, badanie magnezu, wapnia, d3, ustawienie suplementacji i leków...i jedno muszę Wam powiedzieć: Dbajcie o siebie, bierzcie magnez i d3 !!! i unikajcie stresu (łahahaha) Tak, wiem...to nie jest łatwe.

W każdym razie tą część bardziej ''onkologiczną'' chciałam opisać szerzej...ale to nie znaczy, że tężyczka kosztowała mnie mniej. Najgorsze w tym drugim wypadku było ostre wmawianie mi, że nic mi nie jest... Co, co przeżyłam to mega lekcja... właściwie wiele lekcji. To, że zostałam postawiona w roli pacjentki, że odczułam lęk przed rakiem, stres badań, że leżałam z osobą chorą n raka, że zetknęłam się ze służbą zdrowia od tej drugiej strony....choć były to ciężkie przeżycia, chcę wierzyć, że mimo wszystko były po coś. Pamiętam, jak dr Kosowicz kiedyś powiedziała na szkoleniu w CO, że to nieprawda, że zawsze to, co nas nie zabije, to nas wzmocni psychicznie, bo czasem może nas totalnie rozwalić psychicznie i ja się pod tym podpisuję. Każdy ma swoje granice. Ominęłam tutaj wiele trudnych dla mnie aspektów...bo jak sama zdałam sobie sprawę, starałam się przekazać to z dozą ironii i żartu...ale przepłakałam naprawdę wiele nocy i przeszłam wiele. Jeśli komukolwiek z Was moja opowieść przyniesie coś dobrego, to było sens się nią podzielić ;)
 Chciałam opowiedzieć  tę historię w tym roku, by zakończyć pewien etap, domknąć pewne sprawy i otworzyć się NOWY LEPSZY ROK I NA NOWE ŻYCIE :) Mimo wszystko wierzę, że takie właśnie będzie ono w 2017 roku :) a Wam życzę, żebyście byli szczęśliwi, w sposób w jaki WY tego pragniecie :) Kochajcie, dbajcie o siebie, najbliższych i przyjaciół i zawsze słuchajcie swego serca ;) wszystko inne jest drugorzędne.







                      ''Zacznij żyć właśnie dziś. Jest dużo później niż Ci się wydaje !''