środa, 14 marca 2018

Nie każdy nowotwór to rak.

 Ostatnio trafiłam do lekarza pierwszego kontaktu z kłopotami z pęcherzem, ale zauważyłam  też kilka dni wcześniej stając rano przed lustrem, że zmiana, którą miałam już długi czas na ramieniu urosła i zrobił się na niej bąbel, więc przy okazji pokazałam ją lekarzowi.  Powiedział, że zdecydowanie trzeba ją usunąć, bo jest tuż pod ramiączkiem biustonosza i będzie ciągle drażniona i dał skierowanie do chirurga.
 Wychodząc z gabinetu położyłam na chwilę skierowanie na ławce i zaczęłam się ubierać do wyjścia. Na skierowaniu widniało rozpoznanie: inne niezłośliwe nowotwory skóry. Ja byłam zupełnie spokojna, ale kobieta, która siedziała na ławce i zerkała na moje skierowanie sprawiała wrażenie przerażonej i spoglądała raz na mnie, raz na tę magiczną kartkę papieru.

 W zeszły piątek wieczorem udałam się do chirurga. Był miły i od wejścia starał się stworzyć luźną atmosferę.

Z żartobliwym tonem powiedział patrząc na skierowanie:
- O matkooo, co my tutaj mamy, niezłośliwe nowotwory skóry...
- Eee...nie boję się.
- Taaak? To ile już Pani miała tych nowotworów, że się Pani nie boi?
- Niezłośliwych? To jeden...no w sumie dwa...ale miałam styczność z tematem i i pracowałam z chorymi na raka. Poza tym przy ostatnim, dzięki Bogu niezłośliwym nowotworze swoje przeżyłam.
-No dobra...pokaże to Pani.
po chwili
- Nie no, trzeba to Pani wyciąć.
- Ostatnio mi to urosło i zrobił się bąbel i go... przebiłam.
-No i co, no i co...pracowała z chorymi i takie rzeczy robi. A jak tam był jakiś zalążek czerniaka, co?
- No wieeem, wiem. Szewc bez butów chodzi. Należy mi się ochrzan. Niech mnie Pan nie straszy tak. Już więcej nie będę ;p

 Położyłam się, dostałam znieczulenie miejscowe, porozmawiałam chwilę z pielęgniarką i lekarzem i ani się spostrzegłam a pimpla (jak go nazywałam) już nie było. Został tylko szew i plaster.

Pielęgniarka do lekarza:
-Wysyłamy?
- Tak, tak.
- Ja: Wysyłacie do badania histopato?
- Lekarz: Wszystko wysyłam, oprócz kaszaków.
- W sumie bardzo dobrze. Można mieć spokojną głowę. Szkoda, że nie widział Pan miny Pani, która zobaczyła moje skierowanie przypadkiem, jak wyszłam z gabinetu.
- A nooo tak, bo było tam słowo ''nowotwór''. Wie Pani, że dla wielu ludzi to od razu kojarzy się z najgorszym...O matko, toż to książkę można by o tym napisać.
- Wiem, wiem. Nie wątpię, że można.


Ja: A jeszcze chciałam zapytać...
L: Wiem, widziałem...też usuniemy. Kolorowe znamiona nie lubią być drażnione.
J: Ok, super.
L; Jak przyjdzie Pani za tydzień na zdjęcie szwu, to umówimy się jakoś na po Świętach.

   Po co ten wpis? Ano po to kochani, że często samo słowo ''nowotwór'' budzi ogromny lęk i przerażenie. Dla mnie i dla osób, które w jakiś sposób otarły się o temat to nie jest jedno i to samo, ale dla wielu osób tak. Nowotwory mogą być zmianami łagodnymi, czyli chociażby takimi jak ta która została mi usunięta, zwana włókniakiem.  Oprócz nich możemy spotkać tłuszczaki, mięśniaki, gruczolaki, czy naczyniaki.  Zazwyczaj nie stanowią zagrożenia dla zdrowia i życia. Czasem muszą być  jednak usunięte, choć  nie zawsze. Natomiast rak zawsze jest nowotworem złośliwym. Do których zaliczamy też mięsaki, chłoniaki, białaczki, szpiczaka.  Jeśli słyszymy taką diagnozę sprawa jest dużo poważniejsza .To bardzo ważne by znać tę podstawową różnicę.
  Czasem oczywiście bywa tak, jak chociażby w wypadku moich wcześniejszych doświadczeń dot. jajników, że nie da się określić, czy coś jest nowotworem łagodnym, czy złośliwym bez otworzenia ciała, bo np. usg nie jest w stanie dać jednoznacznej odpowiedzi. Czasem trzeba też wykonać np. biopsje, by określić charakter zmiany...ale są sytuacje, kiedy jest to do ocenienia praktycznie gołym okiem.

 Oczywiście zachęcam was do obserwowania swojego ciała, do zgłaszania wątpliwości lekarzowi. Ja osobiście wolę takie podejście, jak zaprezentował lekarz do którego trafiłam....kiedy powiedział ''Wysyłam wszystko''. Ostrożności nigdy nie za wiele. Zwłaszcza jeśli chodzi o nasze życie i zdrowie. Warto jednak znać podstawowe różnice, by mieć spokojniejszą głowę i w wypadku otrzymania kartki z rozpoznaniem podejść do niego ze zdrowym rozsądkiem.  Mnie nauczyło tego doświadczenie i wiem, że czasem łatwo się mówi...ale życie co krok stawia przed nami stresujące sytuacje, więc po co czynić  takimi te,  które tego nie wymagają ;)


''Czas i zdrowie to dwa cenne skarby, których nie rozpoznajemy i nie doceniamy, dopóki się nie wyczerpią.''


niedziela, 11 lutego 2018

Światowy Dzień Chorego

  Ludzie chorzy- jedni z najlepszych nauczycieli życia. Choć często nie są profesorami, to nierzadko od nich, często tych, którzy nie ukończyli żadnych wielkich szkół, możemy nauczyć się najwięcej. Najlepszą szkołą  bowiem jest samo życie. 
Tylko, że w niej nie ma gotowego rozkładu zajęć. Można je co prawda planować, nawet rozpisać piękny, idealny, gotowy scenariusz, ale ono i tak będzie nas zaskakiwać swoimi lekcjami, niezapowiedzianymi sprawdzianami i egzaminami. 
  Choroba może być jednocześnie najtrudniejszym egzaminem i wymagającą nauczycielką. Od takich najczęściej uczymy się najwięcej. Dotyka każdego z nas, wszak wszyscy jesteśmy tylko albo aż ludźmi. Któż z nas nie doświadczył chociażby grypy, zapalenia gardła, czy  zwykłego przeziębienia? Każdy. Przychodzą jak niezapowiedziane kartkówki, ale szybko się o nich zapomina, bo w ogólnym rozrachunku nie mają większego znaczenia.
  Czasem jednak zdarzają się poważniejsze egzaminy i o ile w szkole, czy na studiach mamy czas, żeby się do nich przygotować, tak w życiu często dowiadujemy się o nich nagle. Nikt  nas nie pyta, czy mamy ochotę brać udział w tej życiowej nauce. Choroba robi nam kolejne kolokwia, do których nie jesteśmy zupełnie przygotowani. Wiek często nie gra dla niej roli.
 Z chorobami nowotworowymi bardzo często tak właśnie jest. Pamiętam, jak podczas badań do pracy magisterskiej, pytałam chorych na raka płuc, jak dowiedzieli się o chorobie? W wielu przypadkach odpowiedź brzmiała: nagle, przypadkiem, w ogóle się tego nie spodziewałem...ale rak to tylko jeden z ''kierunków studiów życia wydziału chorób"na którym możemy  się znaleźć. Może to być nadciśnienie, depresja, cukrzyca, astma, SM, toczeń układowy ...czy każda, inna przewlekła choroba.
 Choroba często bywa wszechstronną nauczycielką. Potrafi być źródłem ogromnego cierpienia, lęku, bólu, niemocy psychicznej,  fizycznej, czy duchowej, ale może też stać się źródłem ogromnej nadziei i przewartościowania życia. 
Choroba ma też to do siebie, że lubi uczyć innych. Personel, znajomych, sąsiadów, członków rodziny.  Uczy pokory, cierpliwości, wrażliwości, miłości i otwartości na drugiego człowieka. Czasem też przeżywania bezradności.
Choroba nie jest osobą. Człowiek jest chory na daną chorobę, ale nie jest nią. O tym warto szczególnie dziś pamiętać. 
 Najcenniejsze co można dać osobie chorej to po prostu rzeczywista obecność i wysłuchanie, czasem dotyk i dobre szczere słowo. To nie wyleczy raka, czy innej choroby...ale może pomóc wytrwać w tym wymagającym egzaminie i pozwolić byśmy byli tą iskrą, która wniesie w nią dobrą naukę.
W uniwersytecie życia nigdy nie wiadomo, kiedy staniemy się nauczycielami lub nimi będziemy. Nie wszystkie lekcje też sobie możemy wybrać, ale  kiedy już się zdarzą możemy starać się wziąć i dać z nich to, co najlepsze dla nas i dla innych, choć często to bardzo trudny sprawdzian.

''You treat a diseaseyou win, you lose. You treat a person, I guarantee youyou'll win, no matter what the outcome.''                                       -Patch Adams

sobota, 3 lutego 2018

Szukaj dobra w każdej sytuacji.

   Ten post chodził już za mną od kilkunastu dni i właściwie cieszę się, że zdecydowałam się napisać go dopiero dzisiaj, bo gdybym napisała go od razu pewnie byłby tylko wyrażeniem mojej złości na sytuację w naszej służbie zdrowia, a dziś chciałabym, żeby miał zupełnie inny przekaz (oczywiście nutki złości nie zabraknie).

 W ostatnim czasie miałam okazję odbyć staż i mieć pod opieką trzy osoby chore onkologicznie. Było to dla mnie duże wyzwanie i wspaniałe doświadczenie. Nie o tym jednak dzisiaj. Jedna z pacjentek bardzo chciała, żebym wspierała ją po zakończeniu stażu. Poprosiła mnie, żebym spróbowała postarać się o pracę w szpitalu, w którym się leczy.  Raz nawet ją tam odwiedzałam. Zdawałam sobie sprawę, że realnie szanse są znikome, ale umówiłam się na rozmowę z profesorem kierującym kliniką.

 Miałam trochę czasu do rozmowy, więc poszłam do szpitalnego bufetu. Kupiłam białą kawę i usiadłam przy stoliku obok okna. Po kilku minutach podszedł Pan:
- Mogę się przysiąść?
- Jasne, proszę.
Usiadł naprzeciwko mnie z talerzem zupy pomidorowej i próbował podłączyć telefon do gniazdka.
-Kurczę chyba nie ma tu prądu.
-Padł Panu całkiem?
-Nie mi, żonie chciałem podładować.
-Może uda się w jakimś innym gniazdku.
- A, i tak będę mógł dopiero wejść do żony o 13, to może jeszcze się uda.
- O 13...to żona miała jakąś operację?
- Tak, 2 doba po przeszczepie.
- Długo żona czekała na przeszczep?
-No powiem Pani, że właśnie praktycznie wcale. Ja zrobiłem dosłownie wszystko, co mogłem.  To był przeszczep wątroby.
- A rozmawiał Pan już z żoną po operacji?
-Tak, tak wszystko się udało.
- I jak żona się czuje?
- Fizycznie nieźle...ale psychicznie powiem Pani, że jest kiepsko. Dostaje jakieś leki, po których się psychicznie bardzo kiepsko się czuje.  W ogóle jak jechała na operację to cała się trzęsła, tak się bała.
- Wcześniej Pana żona miała jakąś operację.
-Nigdy.
- A ktoś z nią rozmawiał przed zabiegiem? Próbował uspokoić?
-Nie, ja ją wiozłem nawet wózkiem, bo tak się bała.
- Szkoda, że nikt z nią nie porozmawiał. To naturalne, że odczuwała lęk w takiej sytuacji. Myślę, że był i jest Pan dla niej dużym wsparciem.

Porozmawialiśmy kilka minut. Pan opowiedział mi trochę o swojej rodzinie, o pacjentce, która leży z żoną na sali i potrzebuje wsparcia. Niestety musiałam uciekać na rozmowę. Pan powiedział mi, że bardzo się cieszy, że mnie poznał. To była bardzo miła chwila dla mnie.

Na rozmowie było miło,  Pan profesor okazał się bardzo miłym i taktownym człowiekiem, ale niestety przyszło mi  zderzyć się z  realiami:
- Wie Pani, mamy psychologa i mamy tylko jedno miejsce. Prawda jest taka, że mam pół etatu na onkologię i pół na hematologię, więc z tego stworzyłem etat dla jednej osoby.
Dowiedziałam się, że na innych oddziałach raczej  psychologa się nie uświadczy.

Zostawiłam dokumenty i poszłam do windy.

Tam zobaczyłam trzy kobiety. Jedna trzymała się za szyję, więc Panie spytały czy coś jej jest. Odpowiedziała, że to  emocji i z nerwów, bo dwa dni temu zmarła jej matka. Wysiadła chyba po dwóch piętrach. Gdybym spotkała ją na korytarzu, to pewnie bym z nią usiadła i porozmawiała.

Właściwie nie wyszłam stamtąd rozczarowana, bo liczyłam się z realiami. Wyszłam raczej wkurzona na rzeczywistość. Usłyszałam, że brakuje nawet etatów dla pielęgniarek. Co czyni oczywistym, że nikt nie będzie zatrudniał psychologa mając taki wybór.

  Natomiast po czasie spojrzałam na tą sytuację trochę inaczej i starałam się skupić na tym, czy mogę wyciągnąć z tej sytuacji coś dobrego. A czy mogę? Jasne. Spotkanie z tym Panem na pewno nie było przypadkowe. Jak zawsze w takich sytuacjach, po prostu wiem, że mieliśmy się w tamtym momencie spotkać :), spotkanie tej kobiety w windzie też na pewno nie było przypadkowe. To wszystko uświadamia mi, że to co chcę robić jest ważne i potrzebne. Z resztą uświadamia mi to też każdy pacjent, czy członek rodziny dzwoniący do telefonu zaufania. Taka pomoc jest ważna i potrzebna. Podejście holistyczne do pacjenta i wsparcie go na każdej z płaszczyzn i traktowanie go jak osoby z jej własnymi lękami, nadziejami, historią, umysłem, ciałem i duszą a nie tylko jak przypadku medycznego pt'' rak tego, czy tamtego'' zawsze będzie dla mnie NAJWAŻNIEJSZE.
Mam nadzieję, że nawet jeśli będę musiała zejść z tej drogi, spróbować czegoś innego, to kiedyś będę mogła zawodowo robić, to co naprawdę kocham.

Na pewno każdy z was ma sytuacje, w których nie potrafi znaleźć czegoś dobrego. Czasem warto spojrzeć na coś z dystansu. Wtedy można zauważyć ziarenko dobra i nadziei, tam gdzie pozornie ciężko ją znaleźć.


                ''Jedna radosna nadzieja jest więcej warta niż dziesięć suchych rzeczywistości.''


czwartek, 30 listopada 2017

Never give up.

  Pierwszą wiadomością, jaką zobaczyłam dziś rano po przebudzeniu była wiadomość o śmierci Łukasza- chłopaka, którego poznałam we wrześniu na szkoleniu dla przyszłych onkoasystentów.
 Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, jego twarz wydała mi się znajoma...później stało się jasne, że to ten chłopak, który jakiś czas temu walczył o swoje życie i zbierał środki na leczenie. Jak się okazało  teraz chciał się uczyć i pomagać innym w obszarze, w którym tak wiele przeżył i doświadczył ogromnego cierpienia. Chciał towarzyszyć osobom, które toczą podobną walkę. 
W tym momencie przypominam sobie jego twarz wpatrzoną z zaciekawieniem na ekran podczas jednego z wykładów. 

  Pamiętam, jak rozmawialiśmy chwilę pod koniec pierwszego szkolenia, jak mówił, że ma nadzieję, że to już była ostatnia bitwa i kolejny raz oszukał przeznaczenie, ale czeka jeszcze na potwierdzenie diagnozy zaćmy jako skutku ubocznego leczenia. Za tydzień okazało się, że diagnoza zaćmy się potwierdziła, ale już miał znalezione możliwości pomocy w Polsce i w Czechach. W trzecim tygodniu już się nie pojawił, otrzymaliśmy informację, że jest w szpitalu i będzie miał operację krwiaka. Niedługo potem okazało się, że musi stoczyć kolejny bój z chłoniakiem limfoblastycznym. Pamiętam, jak bardzo część naszej grupy przeżyła informację o tym, że Łukasz został pacjentem paliatywnym. 

  Łukasz się jednak nie poddawał. Uważam, że nigdy się nie poddał.  Z resztą jego flagowe słowa to ''NEVER GIVE UP''. Zostały wykorzystane naprawdę wszystkie  możliwości leczenia w Polsce i zagranicą...poruszone wszelkie kontakty i sposoby. Łukasz odszedł, bo my jako ludzie mamy w swej mocy ograniczone możliwości. Pozostawił nam jednak postawę, z której powinniśmy brać przykład. Postawę, która uczy, że warto walczyć do końca, w chorobie i generalnie w życiu. Nikt z nas nie ma nieograniczonego czasu na tym świecie, a każdy dzień jest darem.

Bardzo trudno jest nam zrozumieć śmierć. Jest ona ogromną tajemnicą. Zwłaszcza, kiedy odchodzą osoby tak młode i tak pełne życia. Wiem, że w Łukaszu była też bardzo silna wiara i wiele osób modliło się za niego, bo było to dla niego ważne. Mam nadzieję, że Bóg trzyma go już w swoich objęciach.
 Nam po ludzku ciężko jest to pojąć rozumem i wytłumaczyć sobie taką śmierć, bo to zwyczajnie nas przekracza. We mnie teraz jest nadzieja, że kiedyś, po drugiej stronie otrzymamy odpowiedź.
W poniedziałek byłam na spotkaniu ''Śmierć jako ostatni etap rozwoju'' i dziś siedzę i zastanawiam się, czy naprawdę zawsze jest to prawda? Rzeczywiście czasem proces odchodzenia sprzyja naprawieniu relacji rodzinnych, przewartościowania swojego życia, pojednania z Bogiem i innymi, poukładania w krótkim czasie wielu spraw, których nie byliśmy w stanie ułożyć latami...ale  chyba nie zawsze tak jest.
I w takiej sytuacji jak dziś nie patrzę na to w ten sposób. Odczuwam bezradność, bo widziałam kogoś we wrześniu, pełnego zapału i życia, a dziś jest już po drugiej stronie. Ciężko nam się do niej przyznać. Ciężko też nam ją przeżywać, ale  myślę, że nie zawsze wszystko trzeba lukrować, pocieszać się na siłę, uciekać od trudnych dla nas emocji. Czasem trzeba się z nimi skonfrontować i po prostu je przeżyć. Tu i teraz.

Chciałabym  podsumować to słowami, które ułożyłam przed chwilą-


''Rozum nie jest w stanie pojąć
Duch może wierzyć i ufać
Serce musi swoje wycierpieć
Oczy muszą swoje  wypłakać.''

Dziękuję za kolejną ogromną lekcję i kolejnego człowieka, który stał się nauczycielem dla mnie i dla wielu z nas. Niech jego życie, walka i postawa będą dla nas pomocą, by cieszyć się każdą chwilą i dawać siebie innym.


wtorek, 10 października 2017

Szlachetne zdrowie (psychiczne)!

 Pierwszym, co rzuciło mi się dziś w oczy z okazji Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego był obrazek z podpisem: ''Zdrowie psychiczne jest tak samo ważne jak zdrowie fizyczne.'' Zgadzam się z tym absolutnie. Dorzuciłabym jeszcze ducha, wtedy mielibyśmy trzy części składające się w jedną całość. Wszak człowieka nie da się  pojmować tylko przez jeden pryzmat.

 Skoro jesteśmy na ''onkowspomnieniach'' to na początku kilka słów w tym temacie. Choroba nowotworowa budzi wachlarz emocji w osobie chorej, ale też w rodzinie i innych osobach wspierających. Często jest tak, że skupiamy się w danym momencie na walce z głównym przeciwnikiem- rakiem, metodami, które mają wpływać bezpośrednio na niego: operacja, chemia, radioterapia, zapominając jak wsparcie psychiczne na każdym z tych etapów jest ważne. Może ono pomóc chociażby przygotować chorego na podjęcie danego leczenia, czy  bardzo pomóc przez nie przejść. 
 Poza tym często zapominamy nawet o potrzebach psychicznych, czy problemach, które ma osoba chora, bo słowo RAK i walka z nim wydają się być czymś kluczowym, przesłaniającym wszystko inne. Tymczasem warto jest pamietać, że mamy do czynienia z osobą, a nie guzem, czy konkretnym typem nowotworu, który został tylko obleczony w ciało i wtłoczony w szpitalną rzeczywistość. Mamy do czynienia z  daną pacjentką/pacjentem, który ma własne imię, pragnienia, uczucia, plany, lęki, historie, wiarę.
 Bycie z osobą chorą, wysłuchanie jej, podążanie za jej potrzebami, ale i zauważenie w porę ewentualnych zaburzeń, jak np. depresja, stany lękowe, zaburzenia poznawcze...które wymagają interwencji jest czymś niezwykle ważnym. Pozwala na wprowadzenie odpowiedniej pomocy np. psychologicznej, czy wdrożenie leków dzięki którym osoba chora będzie mogła lepiej funkcjonować i nabrać siły do walki z nowotworem.
 Kolejną kwestią jest zdrowie psychiczne rodziny. Członkowie rodziny zazwyczaj są  niesamowicie obciążeni chorobą osoby bliskiej. Zmienia się ich sytuacja rodzinna, sposób funkcjonowania, niektórzy muszą przyjąć nowe role. Często pojawiają się problemy w relacjach wewnątrz rodziny, ale i z osobą chorą. Warto jest zadbać o siebie w takiej sytuacji. Skorzystać ze wsparcia, ale też nie bać się mówić, o tym, co dla nas trudne, co nas przerasta, szukać różnych form pomocy, korzystać z grup wsparcia. To naprawdę może pomóc członkom rodziny lepiej opiekować się osobą chorą i poprzez budowanie lepszych relacji z nią wpływać na jej proces leczenia.
 Oczywiście muszę tu wspomnieć o wszystkich innych wspierających: psychologach, wolontariuszach i wszystkich  pracownikach służby zdrowia, fundacji (i nie tylko), którzy pracują z osobami chorymi. Apeluję całym swym serduchem: dbajcie o siebie i swoją psychikę. Nie starajcie się być mocarzami, którzy nigdy nie potrzebują pomocy, bo sami są od pomagania innym (mówię z autopsji) i wszystko zniosą. Macie prawo nie mieć siły, nie rozumieć, ma prawo was coś przerastać, macie prawo do przerwy, do wsparcia. Jeśli chcecie naprawdę pomagać innym, czasem musicie dać pomóc sobie. Korzystajcie też proszę z superwizji, bo jest czymś niezykle cennym i pozwalającym dbać o własną głowę.

 Odchodząc od onko...Cieszy mnie fakt, że coraz więcej mówi się o zdrowiu psychicznym. Powstają kampanie, łamane są stereotypy i schematy, które nadal są obecne w naszym społeczeństwie i stygmatyzują osoby chore psychicznie. Kochani...głowa, to narząd jak każdy inny i podobnie, jak pewnego dnia podczas badań kontrolnych, możesz się dowiedzieć, że masz raka i potrzebujesz onkologa, tak  pewnego dnia możesz zachorować psychicznie i potrzebować psychiatry (w jednym z moich postów opisywałam taką historię). Nie możesz być też pewien, że życie nie postawi Cię kiedyś w punkcie, w którym będziesz potrzebował wyciągnąć rękę po pomoc do psychologa, czy psychoterapeuty, bo sam nie będziesz umiał sobie w danej sytuacji poradzić, czy po prostu bedziesz potrzebował spojrzenia kogoś obiektywnym okiem. Czy to jest powód do wtydu? Nie! Idąc do kardiologa, czy do ortopedy się wstydzisz? Wątpię. Dlaczego więc masz się wstydzić idąc do psychologa/psychoterapeuty, czy psychiatry?  Bo ktoś tak mówi? Niech mówi. Złamaną nogę wsadzą Ci w gips, byś mógł normalnie później chodzić. Na podwyższone ciśnienie dostaniesz leki i będziesz musiał je kontrolować ciśnieniomierzem, by żyć ze spokojem. A na depresję? Dostaniesz leki i przejdziesz psychoterapię, by móc żyć pełnią życia.   Sam zdecyduj, co jest ważniejsze? Twoje zdrowie i dalsze życie, czy opinia kogoś tam. Niech każdy z was sam sobie odpowie. Nie mówię, że to jest łatwe. To jest wręcz cholernie trudne...ale uwierzcie, że warto przełamać lęk i to wszystko, co nas przed podjęciem takiego kroku blokuje.

 Na koniec chciałabym podsumować to tak: Dbajcie o swoje zdrowie psychiczne wszelkimi możliwymi sposobami. Szczególnie przez budowanie dobrych relacji i sieci wsparcia  z innymi.
Nie bójcie się mówić o tym, że coś was przerasta, prosić o pomoc, ale i tej pomocy przyjmować.




i pamiętaj:

wtorek, 3 października 2017

Bez tej roli nie byłoby onkowspomnień...

 Jakiej roli?
Mojej jako koordynatorki.

  Każde  spotkanie, które przeprowadziłam jako koordynatorka wolontariatu w Klinice Nowotworów Płuc było dla mnie niezwykłe. Nigdy nie wiedziałam do końca czego mogę się  spodziewać, a formularz zgłoszeniowy to tylko ułamek tego, czego mogłam dowiedzieć się o danej osobie a zwłaszcza jej motywacjach do wkroczenia w potocznie zwany świat ''onko''. 
 Moim zadaniem było  zapoznanie danej osoby lub grupy osób z pracą wolontariusza na onkologii, przedstawienie wymogów formalnych i wprowadzenie kogoś w ten świat od podstaw, ale też przede wszystkim poznanie drugiej osoby i jej motywacji, zanim ktoś przekroczył ze mną próg oddziału.
  Osoby, które spotkałam na swojej drodze były bardzo różne, lecz każda z nich wniosła w moje życie swego rodzaju lekcję. Wachlarz ludzkich indywidualności i potrzeb podjęcia takiej pracy jaki
spotkałam był bardzo szeroki. 
Od osób bardzo młodych po emerytów. Od licealistów po profesorów. Od studentów psychologii chcących zdobyć doświadczenie w pracy z pacjentem, przez studentów i specjalistów przeróżnych innych kierunków i dziedzin. Od osób  ze zdiagnozowaną depresją, które szukały dla siebie formy terapii po ludzi żyjących pełnią życia. Osoby, które mówiły mi, że są nikim i zaczynały płakać po kilku minutach rozmowy i chciały nadać sens swojemu życiu. Osoby, które straciły bliskich chorych na raka i chciały uporać się ze stratą pomagając innym. Osoby, które przeszły nowotwór i chciały pomagać innym przez swoje doświadczenie. Osoby, które chciały zbawiać świat. Osoby, które chciały nawracać innych. Ci, którzy wszystko zrobią lepiej. Ci, którzy oczekiwali udziału w czymś spektakularnym.  Ci, dla których uśmiech pacjenta był największą zapłatą. Samotni tak bardzo, że dawanie siebie innym jest dla nich jak oddychanie. Ci, którzy byli tak wrażliwi, że płakali po wejściu do dwóch sal widząc chorych. Ci, których spotkałam niby przypadkiem, a z którymi przyjaźnię się do dziś. Ci, którzy z własnej nieprzymuszonej woli dawali siebie innym. Ludzie, dla których pomaganie innym jest czymś tak naturalnym, jak chodzenie. Ci, którzy robią to z rzeczywistej potrzeby serca.  Ci, którzy wolą pobyć z potrzebującymi, zamiast obejrzeć kolejny durny program tv. Ci, którzy chcą  czuć się potrzebni. Za wszystkich  jestem dziś wdzięczna. 
 Właściwie każdemu bez względu na motywację towarzyszył lęk przed pierwszym wejściem na oddział i spotkaniem z pacjentami. Mi też, bo nigdy nie wiedziałam na jakich pacjentów trafię, czego pacjenci będą potrzebować, jak potoczą się rozmowy, jak zareaguje i zachowa się wolontariusz. Zawsze starałam się ten lęk oswajać u drugiej strony, a i siebie ogarniać, kiedy chciałam być hop do przodu. Mówiłam sobie: Jelonka, wyobraź sobie, że wchodzisz tam pierwszy raz i wczuj się w tą drugą osobę, by jak najlepiej ją wprowadzić do tego nowego dla niej świata.

 Zawsze moim założeniem, kiedy ktoś trafiał na spotkanie ze mną było to, że skoro znalazł się w tym miejscu, musi mieć dobre intencje i zazwyczaj tak było, ale ocenienie, czy ktoś w dany momencie swojego życia jest gotowy do pomocy chorym onkologicznie jest czymś bardzo trudnym. 
 Dziś wiem z całą pewnością, że nie jest to praca dla każdego i nie na każdym etapie życia konkretnej osoby. Z resztą z dziesiątek osób, które bardzo chciały pomagać, na stałe zostawało ich bardzo mało. Spotykanie się z ludzkim cierpieniem, komunikacja z pacjentem, pomaganie innym- nie jest wcale łatwe i nie wystarczą tu dobre chęci i zapał.
 Są osoby, które ten świat tak bardzo wciąga i pochłania, że nie wyobrażają sobie opuścić swojego dyżuru, wręcz czasem zaczynają tęsknić za szpitalem i pacjentami, gdy nie mogą przyjść z powodu choroby. Innych to przerasta i mimo tego, że mają szczerozłote serca, nie dają rady i czasem wręcz zaczyna ich mdlić na samą myśl, że mają przekroczyć próg szpitala.

 Być może dla niektórych nie robiłam nic ważnego, dla mnie było to bardzo ważne i autentycznie to uwielbiałam. Chciałam, żeby każdy z moich wolontariuszy czuł się zaopiekowany. Gdy uważałam, że to nie ta chwila, albo że ktoś powinien odpuścić mówiłam o tym. Każdego starałam się zrozumieć, a ogólniki które napisałam powyżej są tylko zarysem tego, z czym się spotykałam i nie służą temu, żeby szufladkować. Ci ludzie ukształtowali mnie, podbnie jak sami pacjenci. Nie tylko ja ich uczyłam, ale oni nauczyli mnie też bardzo wiele, choć część z nich pewnie tego nie wie ;) 
 Trafiłam na fragment w książce Agnieszki Kalugi ''Zorkownia'', który będzie chyba dobrym podsumowaniem, choć odnosi się do hospicjum:

'' Są różne typy wolontariuszy.
Matki Polki- pilnie odrobiły zadania domowe, szukają dziś zadań gdzie indziej.
Misjonarze- na palcu w-kółko-różaniec, a w oczach niebo.
Poobijańce- spędzili trochę czasu w więzieniu/ (nie) zdrowo popili/ zostawili kogoś gdzieś kiedyś.
Poszukiwacze i podróżnicy.
Święte troski.
Uciekinierzy z utopii.
Ci, co biegają. Ci, co wrastają.
Co stoją., co siedzą.
Zbawiciele świata- niezastąpieni.
Mrówki o skrzydłach jak przeźrocza.
Na świeczniku na kolanach.
Z pieśnią na ustach. Z żałobą w sercu.
Odważni. Na miękkich nogach.''

Od siebie, dodam tylko: Dobrze, że jesteście!

wtorek, 12 września 2017

Otwieraj serce na innych.

Przypadkowa nieprzypadkowość nigdy nie przestanie mnie zadziwiać i to jak w momentach, w których bym się tego najmniej spodziewała, stają na mojej drodze ludzie, którzy w jakiś sposób mnie potrzebują.

 Kilka dni temu dzwoniłam do pewnego Stowarzyszenia dowiedzieć się czegoś więcej na temat oferty pracy przy pewnym projekcie. Traf chciał, że rozmawiałam z członkiem Zarządu. Była to starsza Pani o bardzo ciepłym głosie. Bardzo dobrze nam się rozmawiało i obiecała zadzwonić za kilka minut, jak porozmawia z prezesem, co do jego dyspozycyjności. Ucieszyła się na wieść, że koordynowałam wolontariat i mam doświadczenie szpitalno-hospicyjne.

Kolejny telefon dostałam wieczorem. Na wstępie otrzymałam przeprosiny za tak późny odzew i...dalszy rozwój rozmowy totalnie mnie zaskoczył.

- Przepraszam, że tak późno do Pani dzwonię, ale...wie Pani ja jestem teraz w takiej trudnej sytuacji <powoli zaczął łamać jej się głos>
Mój mąż leży siódmy tydzień w szpitalu po rozległym zawale.
- Proszę mnie nie przepraszać, naprawdę nie ma za co. Pani mąż jest w tym momencie najważniejszy. Domyślam się, jak może być Pani ciężko w tej sytuacji.
- Naprawdę, ja już nie wiem, co mam robić. Staram się trzymać, ale...<ta przemiła kobieta rozpłakała mi się totalnie do słuchawki> i płacząc dalej mówiła:
- Wie Pani nie ma z nim kontaktu, ja do niego mówię...ale nawet nie wiem, czy on mnie słyszy.
- Tego nigdy nie możemy być pewni, więc miejmy nadzieję, że słyszy.
- Przepraszam Panią, ale już nie wytrzymałam.
- A ja właściwie się cieszę, bo czuję, że tak długo nosiła Pani w sobie te wszystkie emocje, że potrzebiwała się Pani nimi z kimś podzielić.
- Dziękuję Pani...my jesteśmy małżeństwem od 50 lat.
- Jej...to piękne przeżyć razem tyle lat.
- Tak, wie Pani my jesteśmy już po 70. Tak byliśmy zżyci, a ja teraz na niego patrzę w takim stanie. Ostatnio dostał strasznych drgawek i nie mogli tego uspokoić...ja miałam wrażenie, że tego nie zniosę.
- Mogę tylko przypuszczać, jak trudnym przeżyciem jest patrzeć na osobę, którą się tak bardzo kocha, będącą w takim stanie.
- Ja wiem, że Jezus za nas cierpiał na krzyżu i że każdy z nas ma swój krzyż, ale czasem brak mi sił.
- Ja też jestem wierząca i od pewnego czasu odnajduje w tym głęboki sens i nadzieję, ale wiem, że czysto po ludzku, jest to czasem dla nas bardzo ciężko zrozumieć, zwłaszcza, kiedy kochamy drugą osobą.
- To prawda. Dziękuję Pani bardzo za rozmowę.
- Trzymam kciuki za zdrowie Pani męża i będę się za niego modlić.
- Naprawdę dziękuję.


..............................................................................................................................................................


Okazało się, że ze względu na główny profil działania Stowarzyszenia nie będę mogła podjąć z nimi współpracy. Nie miałam nawet serca powiedzieć jej tego w trakcie tamtej rozmowy, bo to nie była dobra chwila...ale czy nasza rozmowa to był przypadek? Nie. Jestem tego pewna, jak w każdym innym przypadku, kiedy spotykam różne osoby na swojej drodze i słyszę o ich historiach.  To był moment, w którym ta wspaniała kobieta była na skraju wytrzymałości, bo nosiła wszystkie trudne emocje związane ze stanem męża w środku i starała się na zewnątrz pokazywać innym, że daje radę. A tymczasem jej serce rozrywało się na kawałki i...trafiłam się ja. Czy zrobiłam coś wielkiego? Nie...dałam jej poczuć,że ma prawo odczuwać, to co odczuwa, ma prawo płakać, ale i mieć nadzieję. Kochani, jestem przekonana, że w pewnym stopniu każdy z nas to potrafi, wystarczy tylko otworzyć serducho :) <3



                 ''A przecież bywa tak, że najsilniejsze leki zawodzą, a pomóc może słowo...''