Jakiej roli?
Mojej jako koordynatorki.
Każde spotkanie, które przeprowadziłam jako koordynatorka wolontariatu w Klinice Nowotworów Płuc było dla mnie niezwykłe. Nigdy nie wiedziałam do końca czego mogę się spodziewać, a formularz zgłoszeniowy to tylko ułamek tego, czego mogłam dowiedzieć się o danej osobie a zwłaszcza jej motywacjach do wkroczenia w potocznie zwany świat ''onko''.
Moim zadaniem było zapoznanie danej osoby lub grupy osób z pracą wolontariusza na onkologii, przedstawienie wymogów formalnych i wprowadzenie kogoś w ten świat od podstaw, ale też przede wszystkim poznanie drugiej osoby i jej motywacji, zanim ktoś przekroczył ze mną próg oddziału.
Osoby, które spotkałam na swojej drodze były bardzo różne, lecz każda z nich wniosła w moje życie swego rodzaju lekcję. Wachlarz ludzkich indywidualności i potrzeb podjęcia takiej pracy jaki
spotkałam był bardzo szeroki.
Od osób
bardzo młodych po emerytów. Od licealistów po profesorów. Od studentów
psychologii chcących zdobyć doświadczenie w pracy z pacjentem, przez
studentów i specjalistów przeróżnych innych kierunków i dziedzin. Od
osób ze zdiagnozowaną depresją, które szukały dla siebie formy terapii
po ludzi żyjących pełnią życia. Osoby, które mówiły mi, że są nikim i
zaczynały płakać po kilku minutach rozmowy i chciały nadać sens swojemu
życiu. Osoby, które straciły bliskich chorych na raka i chciały uporać
się ze stratą pomagając innym. Osoby, które przeszły nowotwór i chciały
pomagać innym przez swoje doświadczenie. Osoby, które chciały zbawiać
świat. Osoby, które chciały nawracać innych. Ci, którzy wszystko zrobią
lepiej. Ci, którzy oczekiwali udziału w czymś spektakularnym. Ci, dla
których uśmiech pacjenta był największą zapłatą. Samotni tak bardzo, że
dawanie siebie innym jest dla nich jak oddychanie. Ci, którzy byli tak
wrażliwi, że płakali po wejściu do dwóch sal widząc chorych. Ci, których
spotkałam niby przypadkiem, a z którymi przyjaźnię się do dziś. Ci,
którzy z własnej nieprzymuszonej woli dawali siebie innym. Ludzie, dla
których pomaganie innym jest czymś tak naturalnym, jak chodzenie. Ci,
którzy robią to z rzeczywistej potrzeby serca. Ci, którzy wolą pobyć z
potrzebującymi, zamiast obejrzeć kolejny durny program tv. Ci, którzy
chcą czuć się potrzebni. Za wszystkich jestem dziś wdzięczna.
Właściwie każdemu bez względu na motywację towarzyszył lęk przed
pierwszym wejściem na oddział i spotkaniem z pacjentami. Mi też, bo
nigdy nie wiedziałam na jakich pacjentów trafię, czego pacjenci będą
potrzebować, jak potoczą się rozmowy, jak zareaguje i zachowa się
wolontariusz. Zawsze starałam się ten lęk oswajać u drugiej strony, a i
siebie ogarniać, kiedy chciałam być hop do przodu. Mówiłam sobie:
Jelonka, wyobraź sobie, że wchodzisz tam pierwszy raz i wczuj się w tą
drugą osobę, by jak najlepiej ją wprowadzić do tego nowego dla niej
świata.
Zawsze moim założeniem,
kiedy ktoś trafiał na spotkanie ze mną było to, że skoro znalazł się w
tym miejscu, musi mieć dobre intencje i zazwyczaj tak było, ale
ocenienie, czy ktoś w dany momencie swojego życia jest gotowy do pomocy
chorym onkologicznie jest czymś bardzo trudnym.
Dziś wiem
z całą pewnością, że nie jest to praca dla każdego i nie na każdym
etapie życia konkretnej osoby. Z resztą z dziesiątek osób, które bardzo
chciały pomagać, na stałe zostawało ich bardzo mało. Spotykanie się z ludzkim
cierpieniem, komunikacja z pacjentem, pomaganie innym- nie jest wcale
łatwe i nie wystarczą tu dobre chęci i zapał.
Są osoby,
które ten świat tak bardzo wciąga i pochłania, że nie wyobrażają sobie
opuścić swojego dyżuru, wręcz czasem zaczynają tęsknić za szpitalem i
pacjentami, gdy nie mogą przyjść z powodu choroby. Innych to przerasta i
mimo tego, że mają szczerozłote serca, nie dają rady i czasem wręcz
zaczyna ich mdlić na samą myśl, że mają przekroczyć próg szpitala.
Być może dla niektórych nie robiłam nic ważnego, dla mnie było to bardzo ważne i autentycznie to uwielbiałam. Chciałam, żeby każdy z moich wolontariuszy czuł się zaopiekowany. Gdy uważałam, że to nie ta chwila, albo że ktoś powinien odpuścić mówiłam o tym. Każdego starałam się zrozumieć, a ogólniki które napisałam powyżej są tylko zarysem tego, z czym się spotykałam i nie służą temu, żeby szufladkować. Ci ludzie ukształtowali mnie, podbnie jak sami pacjenci. Nie tylko ja ich uczyłam, ale oni nauczyli mnie też bardzo wiele, choć część z nich pewnie tego nie wie ;)
Trafiłam na fragment w książce Agnieszki Kalugi ''Zorkownia'', który będzie chyba dobrym podsumowaniem, choć odnosi się do hospicjum:
'' Są różne typy wolontariuszy.
Matki Polki- pilnie odrobiły zadania domowe, szukają dziś zadań gdzie indziej.
Misjonarze- na palcu w-kółko-różaniec, a w oczach niebo.
Poobijańce- spędzili trochę czasu w więzieniu/ (nie) zdrowo popili/ zostawili kogoś gdzieś kiedyś.
Poszukiwacze i podróżnicy.
Święte troski.
Uciekinierzy z utopii.
Ci, co biegają. Ci, co wrastają.
Co stoją., co siedzą.
Zbawiciele świata- niezastąpieni.
Mrówki o skrzydłach jak przeźrocza.
Na świeczniku na kolanach.
Z pieśnią na ustach. Z żałobą w sercu.
Odważni. Na miękkich nogach.''
Od siebie, dodam tylko: Dobrze, że jesteście!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz